Mateusz nie cieszył się przesadnie na myśl o swoim pierwszym dniu pracy. Przerażała go świadomość, że teraz to on będzie tym, który musi utrzymać w ryzach grupę zbuntowanych nastolatków i w dodatku wbić im do głowy chociaż małą część wiedzy o języku polskim, który bynajmniej nie był pasją mężczyzny. Tak naprawdę wybrał ten przedmiot tylko ze względu na pewną osobę... Teraz musiał stawić czoła wyzwaniu. Był 1. września. Jak wszyscy pracownicy szkoły i uczniowie zmierzał do najbliższego kościoła na mszę rozpoczynającą kolejny rok nauki. Poczuł jak pot spływa mu po czole. Nie czuł się komfortowo wiedząc, że od teraz będzie nowym wychowawcą klasy 2a, a niewygodny garnitur nie pomagał mu w uspokojeniu się. Kiedy doszedł do ogrodzenia miał kompletną pustkę w głowie. Nie wiedział, które z oczekujących pod drzwiami dzieciaków są jego podopiecznymi. Mógłby wprawdzie zrobić tak jak inni nauczyciele - krzyczeć: "klasa 2a do mnie", ale nie miałoby to raczej większego sensu ze względu na otaczający go zgiełk. Poza tym Mateusz nigdy nie był mocny w krzyczeniu. Postanowił zdać się na innych nauczycieli zabierających swoje klasy do środka świątyni. Kiedy plac wreszcie opustoszał na schodach zobaczył grupkę zniecierpliwionych nastolatków. Podszedł do nich i zagadnął najbliżej stojącego dzieciaka z wystającymi jedynkami i piegami, co nadawało mu iście szczurzy wygląd.
- Jesteś z 2. a? - zapytał chłopca. Tamten odpowiedział skinieniem głowy. - To zawołaj resztę i ustawcie się w pary... czy coś i... chodźcie.
Zawsze mówił "czy coś" chcąc dać rozmówcy wolną rękę. Niezdecydowanie było cechą, którą często mu wytykała... Jako nauczyciel wciąż miał problemy z twardym rozkazywaniem. Po prostu przywykł do wykonywania poleceń, a nie wystosowywania ich. Dlatego zawsze kiedy próbował kogoś do czegoś nakłonić dawał mu do zrozumienia, że wcale nie musi robić tego jeśli nie chce, zupełnie jakby bał się rozmówcy. Teraz jednak musiał zmienić nastawienie. W końcu to on miał być poważanym "Panem profesorem", a inni mieli go słuchać i okazywać mu szacunek. Na szczęście jego nowi uczniowie chyba chociaż po części rozumieli jego położenie i bez gadania ustawili się w równe pary. W ten oto sposób, po cichu Mateusz wszedł z klasą 2a do kościoła. Nie mając pomysłu jak usadzić gromadę, po prostu sam usiadł mając nadzieję, że tak jak poprzednim razem dzieci same postąpią jak należy i cicho usadowią się w ławach. Niestety okazało się, że już pierwszego dnia pojawią się przeszkody, które on będzie musiał pokonać. Po długim i monotonnym liczeniu uczniów udało się Mateuszowi stwierdzić, że kiedy wchodził do kościoła zaginęło pięcioro nastolatków, w tym dziewczynka z rzadką chorobą, która sprawia, że często mdleje. Jak się dowiedział miał tak jak poprzednia wychowawczyni klasy pomagać dziewczynce np.: we wchodzeniu po schodach, aby w razie nieoczekiwanego omdlenia z nich nie spadła. Biały jak kreda rozejrzał się po kościele. Z przerażeniem ( ale i z pewnego rodzaju ulgą ) stwierdził, że czworo z zaginionych właśnie skacze po ołtarzu w poszukiwaniu kluczyka do tabernakulum, w celu wypicia wina z mszalnego kielicha i ocenienia czy jest lepsze niż to, które w barkach trzymają ich rodzice. Niestety nie był to koniec przykrych niespodzianek. Okazało się, że część jego klasy chce siedzieć w tej samej ławce, która nie jest w stanie pomieścić ich wszystkich. Z tej przyczyny dwóch chłopców postanowiło urządzić zapasy, w których wygraną miało być rzeczone miejsce. Mateusz postanowił najpierw ratować księdza, którego właśnie jeden z uczniów wyzywał z powodu odebrania sobie w końcu znalezionego kluczyka, a dopiero w następnej kolejności bijących się zapaśników. Ślizgając się podbiegł do ołtarza i chcąc zabrać stamtąd chłopaka wyciągnął w jego kierunku rękę. Na domiar złego właśnie w tym momencie bijący się sumo przeturlali się wprost na jego trasę biegu. Chcąc ominąć przeszkodę mężczyzna przeskoczył nad chłopcami i poślizgnął się na marmurze. Wywijając orła po omacku złapał najbliżej stojącą osobę, mając nadzieję, że będzie to młodociany somelier. Zdążył poczuć tylko chropowaty materiał pod zaciskanymi palcami, a potem upadł jak długi. Lekko oszołomiony usiadł na podłodze. Ze zgrozą stwierdził, że wszyscy na niego patrzą, a w pomieszczeniu zapanowała cisza. Zaczerwienił się - nie lubił być w centrum uwagi. Po chwili zawstydzenie ustąpiło miejsca szokowi. Oto okazało się, że ubranie, które brał za marynarkę od mundurka tak naprawdę jest ornatem, a leżąca obok niego postać - księdzem. Jeszcze nigdy w życiu nie doświadczał takiego wstydu. Nie pamiętał co było dalej. Jedyne co przypominał sobie wchodząc do klasy razem z uczniami to długie przepraszanie księdza, wściekłość dyrektorki i swoje zawstydzenie. Kiedy wreszcie stanął przed swoimi podopiecznymi ( których skład Bogu dzięki był pełny, bo jak się okazało chora uczennica była żartem ) czuł, że jest na skraju załamania nerwowego. Jeśli każdy dzień jego pracy w tym miejscu miał tak wyglądać, to obawiał się o swoje zdrowie zarówno psychiczne jak i fizyczne. Powoli podszedł do biurka i usiadł na miękkim krześle. Było to miłą odmianą po latach spędzonych w twardej ławce. Ostrożnie podniósł wzrok.
- Nazywam się Mateusz Smoła. Od teraz będę waszym wychowawcą i nauczycielem języka polskiego.
Aby zyskać na czasie i wymyślić dalszy ciąg przemówienia odwrócił się do tablicy i zapisał swoje imię i nazwisko.
- Sprawdzę teraz listę obecności, a potem możecie iść. Proszę, żebyście w ramach najbliższych lekcji mojego przedmiotu przeczytali...yyy... "Romea i Julię". - Nie pamiętał żadnych innych książek zadawanych jemu jako lektury. Czyżby nic nie czytał. Tak. Nienawidził czytać więc nie czytał - również lektur. Miał świadomość, że tej posady będzie żałował do końca swojego życia. Nie znał się na tym. Nie lubił tego. A jednak wiedział dlaczego to robi. Dla niej. Dla... Jego rozmyślania przerwał ogłuszający dźwięk dzwonka.Radośni uczniowie wybiegli z klasy nie czekając na jego reakcję, która jak sądzili, miała zapewne nigdy nie nastąpić.
Po powrocie do domu niemal od razu padł na łóżko. Zdecydował się jednak nie zasypiać, ale oddać się obowiązkom. Odpalił komputer i szybko wyszukał w przeglądarce internetową wersję "Romea i Julii". Choć nie chciał musiał ją przeczytać. Niestety, nie było możliwości czytania na komputerze. Zdecydował się więc wypożyczyć zwykłą - papierową wersję książki. W tym celu udał się do pobliskiej biblioteki. Po powrocie do domu nie miał sił nawet na umycie się. Jednak chwycił za lekturę. Niechętnie otworzył na pierwszej stronie. Wtedy, całkiem niespodziewanie na jego kolana spadło coś co wyglądało jak kartka papieru. Już myślał, że to jakaś strona, która nadgryziona zębem czasu wypadła z oprawy, ale kiedy przyjrzał się przedmiotowi z bliska stwierdził, że jest to wycinek z gazety. Dokładnie obejrzał kartkę. Wielkimi czerwonymi literami wypisano na niej nagłówek: "K. D. jest martwa!", a obok widniało zdjęcie przedstawiające...
- Boże - szepnął Mateusz. Nie przypuszczał, że stało się coś tak potwornego. Myślał, że ona po prostu zapomniała, ale prawda jest taka, że ona już... Z przerażeniem postanowił czytać dalej.
"Dnia 14. 02 b.r. w podziemiach szkoły nazywanej przez jej uczniów Władkiem, znaleziono zwłoki znanej pisarki K. D. Nie wiadomo co się dokładnie stało. Policja nie wyklucza zabójstwa."
*
- Wiesz przecież, że muszę to zrobić. Muszę odejść.
- Nie musisz. Coś wymyślimy.
- Niby co? Nie zmienisz tego. Nie zmienisz jej zdania.
- Chrzań ją! Zostań. Potrzebuję cię. Ja... będę tęsknić. - Przytulił ją. Jeszcze nigdy nie był z nikim tak blisko jak z nią. Jeszcze nigdy przed nikim się tak nie otworzył. A teraz? Teraz miał ją stracić, możliwe, że już na zawsze.
- Dobrze wiesz, że nie mogę. - Serce jej krwawiło, ale musiała to zrobić. Wyrzucono ją ze szkoły. Nie było odwrotu. Czy on tego nie rozumiał. Wiedziała, że łamie i sobie i jemu serce, ale tak właśnie musiała postąpić. To było jedyne słuszne wyjście i konieczne. Musiała. Mocno go przytuliła, a potem razem poszli w kierunku dworca kolejowego. Postanowiła, że go odprowadzi jako ostatnie ich wspólne pożegnanie.
- Błagam cię! Zostań!
- Już ci tłumaczyłam, że nie mogę! Będziemy przecież ze sobą pisać, będziemy dzwonić. - Czuła jak powoli łzy napływają jej do oczu.
- W takim razie odejdź i zostaw mnie! Na zawsze! Dokładnie tak jak chciałaś! - Jego szare tęczówki teraz przybrały stalową barwę. - Cześć! - To było ostatnie co niemalże wypluł jej w twarz. A potem jakby nigdy nic odwrócił się na pięcie i zniknął w tłumie zmierzającym w kierunku pociągu, pozostawiając ją samą na peronie. Jeszcze długo stała i patrzyła za nim ten ostatni raz. Nawet nie zauważyła kiedy po jej policzku zaczęły toczyć się ogromne jak padające na nią płatki śniegu łzy.