niedziela, 3 stycznia 2016

Rozdział I - Oddech śmierci

  Mateusz nie cieszył się przesadnie na myśl o swoim pierwszym dniu pracy. Przerażała go świadomość, że teraz to on będzie tym, który musi utrzymać w ryzach grupę zbuntowanych nastolatków i w dodatku wbić im do głowy chociaż małą część wiedzy o języku polskim, który bynajmniej nie był pasją mężczyzny. Tak naprawdę wybrał ten przedmiot tylko ze względu na pewną osobę... Teraz musiał stawić czoła wyzwaniu. Był 1. września. Jak wszyscy pracownicy szkoły i uczniowie zmierzał do najbliższego kościoła na mszę rozpoczynającą kolejny rok nauki. Poczuł jak pot spływa mu po czole. Nie czuł się komfortowo wiedząc, że od teraz będzie nowym wychowawcą klasy 2a, a niewygodny garnitur nie pomagał mu w uspokojeniu się.  Kiedy doszedł do ogrodzenia miał kompletną pustkę w głowie. Nie wiedział, które z oczekujących pod drzwiami dzieciaków są jego podopiecznymi.  Mógłby wprawdzie zrobić tak jak inni nauczyciele - krzyczeć: "klasa 2a do mnie", ale nie miałoby to raczej większego sensu ze względu na otaczający go zgiełk. Poza tym Mateusz nigdy nie był mocny w krzyczeniu. Postanowił zdać się na innych nauczycieli zabierających swoje klasy do środka świątyni. Kiedy plac wreszcie opustoszał na schodach zobaczył grupkę zniecierpliwionych nastolatków. Podszedł do nich i zagadnął najbliżej stojącego dzieciaka z wystającymi jedynkami i piegami, co nadawało mu iście szczurzy wygląd. 
- Jesteś z 2. a? - zapytał chłopca. Tamten odpowiedział skinieniem głowy. - To zawołaj resztę i ustawcie się w pary... czy coś i... chodźcie.
Zawsze mówił "czy coś" chcąc dać rozmówcy wolną rękę. Niezdecydowanie było cechą, którą często mu wytykała...  Jako nauczyciel wciąż miał problemy z twardym rozkazywaniem. Po prostu przywykł do wykonywania poleceń, a nie wystosowywania ich. Dlatego zawsze kiedy próbował kogoś do czegoś nakłonić dawał mu do zrozumienia, że wcale nie musi robić tego jeśli nie chce, zupełnie jakby bał się rozmówcy. Teraz jednak musiał zmienić nastawienie. W końcu to on miał być poważanym "Panem profesorem", a inni mieli go słuchać i okazywać mu szacunek. Na szczęście jego nowi uczniowie chyba chociaż po części rozumieli jego położenie i bez gadania ustawili się w równe pary. W ten oto sposób, po cichu Mateusz wszedł z klasą 2a do kościoła. Nie mając pomysłu jak usadzić gromadę, po prostu sam usiadł mając nadzieję, że tak jak poprzednim razem dzieci same postąpią jak należy i cicho usadowią się w ławach. Niestety okazało się, że już pierwszego dnia pojawią się przeszkody, które on będzie musiał pokonać. Po długim i monotonnym liczeniu uczniów udało się Mateuszowi stwierdzić, że kiedy wchodził do kościoła zaginęło pięcioro nastolatków, w tym dziewczynka z rzadką chorobą, która sprawia, że często mdleje. Jak się dowiedział miał tak jak poprzednia wychowawczyni klasy pomagać dziewczynce np.: we wchodzeniu po schodach, aby w razie nieoczekiwanego omdlenia z nich nie spadła. Biały jak kreda rozejrzał się po kościele. Z przerażeniem ( ale i z pewnego rodzaju ulgą ) stwierdził, że czworo z zaginionych właśnie skacze po ołtarzu w poszukiwaniu kluczyka do tabernakulum, w celu wypicia wina z mszalnego kielicha i ocenienia czy jest lepsze niż to, które w barkach trzymają ich rodzice. Niestety nie był to koniec przykrych niespodzianek. Okazało się, że część jego klasy chce siedzieć w tej samej ławce, która nie jest w stanie pomieścić ich wszystkich. Z tej przyczyny dwóch chłopców postanowiło urządzić zapasy, w których wygraną miało być rzeczone miejsce. Mateusz postanowił najpierw ratować księdza, którego właśnie jeden z uczniów wyzywał z powodu odebrania sobie w końcu znalezionego kluczyka, a dopiero w następnej kolejności bijących się zapaśników. Ślizgając się podbiegł do ołtarza i chcąc zabrać stamtąd chłopaka wyciągnął w jego kierunku rękę. Na domiar złego właśnie w tym momencie bijący się sumo przeturlali się wprost na jego trasę biegu. Chcąc ominąć przeszkodę mężczyzna przeskoczył nad chłopcami i poślizgnął się na marmurze. Wywijając orła po omacku złapał najbliżej stojącą osobę, mając nadzieję, że będzie to młodociany somelier. Zdążył poczuć tylko chropowaty materiał pod zaciskanymi palcami, a potem upadł jak długi. Lekko oszołomiony usiadł na podłodze. Ze zgrozą stwierdził, że wszyscy na niego patrzą, a w pomieszczeniu zapanowała cisza. Zaczerwienił się - nie lubił być w centrum uwagi. Po chwili zawstydzenie ustąpiło miejsca szokowi. Oto okazało się, że ubranie, które brał za marynarkę od mundurka tak naprawdę jest ornatem, a leżąca obok niego postać - księdzem. Jeszcze nigdy w życiu nie doświadczał takiego wstydu. Nie pamiętał co było dalej. Jedyne co przypominał sobie wchodząc do klasy razem z uczniami to długie przepraszanie księdza, wściekłość dyrektorki i swoje zawstydzenie. Kiedy wreszcie stanął przed swoimi podopiecznymi ( których skład Bogu dzięki był pełny, bo jak się okazało chora uczennica była żartem ) czuł, że jest na skraju załamania nerwowego. Jeśli każdy dzień jego pracy w tym miejscu miał tak wyglądać, to obawiał się o swoje zdrowie zarówno psychiczne jak i fizyczne. Powoli podszedł do biurka i usiadł na miękkim krześle. Było to miłą odmianą po latach spędzonych w twardej ławce. Ostrożnie podniósł wzrok.
- Nazywam się Mateusz Smoła. Od teraz będę waszym wychowawcą i nauczycielem języka polskiego. 
Aby zyskać na czasie i wymyślić dalszy ciąg przemówienia odwrócił się do tablicy i zapisał swoje imię i nazwisko.
- Sprawdzę teraz listę obecności, a potem możecie iść. Proszę, żebyście w ramach najbliższych lekcji mojego przedmiotu przeczytali...yyy... "Romea i Julię". - Nie pamiętał żadnych innych książek zadawanych jemu jako lektury. Czyżby nic nie czytał. Tak. Nienawidził czytać więc nie czytał - również lektur. Miał świadomość, że tej posady będzie żałował do końca swojego życia. Nie znał się na tym. Nie lubił tego. A jednak wiedział dlaczego to robi. Dla niej. Dla... Jego rozmyślania przerwał ogłuszający dźwięk dzwonka.Radośni uczniowie wybiegli z klasy nie czekając na jego reakcję, która jak sądzili, miała zapewne nigdy nie nastąpić. 
Po powrocie do domu niemal od razu padł na łóżko. Zdecydował się jednak nie zasypiać, ale oddać się obowiązkom. Odpalił komputer i szybko wyszukał w przeglądarce internetową wersję "Romea i Julii". Choć nie chciał musiał ją przeczytać. Niestety, nie było możliwości czytania na komputerze. Zdecydował się więc wypożyczyć zwykłą - papierową wersję książki. W tym celu udał się do pobliskiej biblioteki. Po powrocie do domu nie miał sił nawet na umycie się. Jednak chwycił za lekturę. Niechętnie otworzył na pierwszej stronie. Wtedy, całkiem niespodziewanie na jego kolana spadło coś co wyglądało jak kartka papieru. Już myślał, że to jakaś strona, która nadgryziona zębem czasu wypadła z oprawy, ale kiedy przyjrzał się przedmiotowi z bliska stwierdził, że jest to wycinek z gazety. Dokładnie obejrzał kartkę. Wielkimi czerwonymi literami wypisano na niej nagłówek: "K. D. jest martwa!", a obok widniało zdjęcie przedstawiające... 
- Boże - szepnął Mateusz. Nie przypuszczał, że stało się coś tak potwornego. Myślał, że ona po prostu zapomniała, ale prawda jest taka, że ona już... Z przerażeniem postanowił czytać dalej. 

"Dnia 14. 02  b.r. w podziemiach szkoły nazywanej przez jej uczniów Władkiem, znaleziono zwłoki znanej pisarki K. D. Nie wiadomo co się dokładnie stało. Policja nie wyklucza zabójstwa."

*

- Wiesz przecież, że muszę to zrobić. Muszę odejść. 
- Nie musisz. Coś wymyślimy.
- Niby co? Nie zmienisz tego. Nie zmienisz jej zdania. 
- Chrzań ją! Zostań. Potrzebuję cię. Ja... będę tęsknić. - Przytulił ją. Jeszcze nigdy nie był z nikim tak blisko jak z nią. Jeszcze nigdy przed nikim się tak nie otworzył. A teraz? Teraz miał ją stracić, możliwe, że już na zawsze.
- Dobrze wiesz, że nie mogę. - Serce jej krwawiło, ale musiała to zrobić. Wyrzucono ją ze szkoły. Nie było odwrotu. Czy on tego nie rozumiał. Wiedziała, że łamie i sobie i jemu serce, ale tak właśnie musiała postąpić. To było jedyne słuszne wyjście i konieczne. Musiała. Mocno go przytuliła, a potem razem poszli w kierunku dworca kolejowego. Postanowiła, że go odprowadzi jako ostatnie ich wspólne pożegnanie.
- Błagam cię! Zostań! 
- Już ci tłumaczyłam, że nie mogę! Będziemy przecież ze sobą pisać, będziemy dzwonić. - Czuła jak powoli łzy napływają jej do oczu.
- W takim razie odejdź i zostaw mnie! Na zawsze! Dokładnie tak jak chciałaś! - Jego szare tęczówki teraz przybrały stalową barwę. - Cześć! - To było ostatnie co niemalże wypluł jej w twarz. A potem jakby nigdy nic odwrócił się na pięcie i zniknął w tłumie zmierzającym w kierunku pociągu, pozostawiając ją samą na peronie. Jeszcze długo stała i patrzyła za nim ten ostatni raz. Nawet nie zauważyła kiedy po jej policzku zaczęły toczyć się ogromne jak padające na nią płatki śniegu łzy.

sobota, 2 stycznia 2016

Nowe stare życie - Prolog

   Mateusz nie był człowiekiem lubiącym zmiany. Niestety wraz z wejściem w dorosłość czekało go wiele zmian - między innymi konieczność znalezienia pracy. Aby nie odczuć tych zmian tak bardzo postanowił poszukać jej w miejscu, które znał dobrze i do którego przychodził od 6 lat codziennie. Dzięki swoim niezwykle wysokim osiągnięciom naukowym (posiadał doktorat z matematyki, magistrat z fizyki i drugi doktorat z informatyki) bez dłuższego namysłu zdecydował się prosić o pracę w gimnazjum i liceum w szkole, do której przed paroma laty uczęszczał. Gdy wychodził z domu bardzo się denerwował - dyrektorka szkoły, wciąż z pewnością pamiętała incydent kiedy to Mateusz chcąc rozprostować nogi na lekcji niemieckiego (tego przedmiotu wówczas uczyła) przez przypadek kopnął nauczycielkę. Nie zrobił tego umyślnie (zawsze utyskiwał na swój zdecydowanie ponadprzeciętny wzrost), ale na tyle silnie, iż kobieta odjechała wraz z krzesłem o parę metrów do tyłu. W tym momencie (mimo że minęło kilka lat) mężczyzna był pewien, że nie zapomniano jego występku. 
   Szkoła mieściła się w ogromnym starym gmachu budowanym na wzór miejscowej twierdzy królewskiej. Kiedy tylko mężczyzna pchnął drzwi od razu poczuł się jak w domu. Od progu uderzył go silny zapach substancji, której nigdy nie udało mu się zidentyfikować i która nie była wyczuwalna w żadnym innym miejscu. Marmurowe schody zaprowadziły go do przestronnego holu, wprost pod kamienną tablicę wiszącą tu zdawałoby się od zawsze. Obrzucił wzrokiem chwilowo pustą portiernię i ruszył schodami na pierwsze piętro. Nic się tu nie zmieniało - zupełnie jakby czas się tu zatrzymał. Brakowało tylko czegoś, czegoś co (wiedział) utracił na zawsze...

*

   - Nigdy mnie nie złapiesz! Nigdy! Jestem po prostu lepsza od ciebie! Pogódź się z tym!
 - Przestań! 
- Oj weź! Nie złość się, to tylko zabawa! 
- No dobra! Ale wiesz, że zaraz i tak cię złapię?! - krzyknął ciemnowłosy wysoki chłopiec delikatnie muskając palcami granatową marynarkę od mundurka dziewczynki. 
- Jasne! Jak ci pozwolę! - wypaliła brązowowłosa pokazując język, po czym zniknęła za pobliskim filarem.

*

  Mężczyzna delikatnie zastukał w hebanowe ciężkie drzwi ze złocistą tabliczką. Kiedy usłyszał krótkie "proszę" pchnął je i wszedł sztywno do pomieszczenia. Tu również wszystko pozostało takie samo - bordowe fotele stały wokół lakierowanego stołu, a ogromna paproć nadal przysłaniała dużych rozmiarów biurko pani dyrektor. 
- Dzień dobry Panie Smoła. Proszę usiąść. - usłyszał surowy głos kobiety (ona również pozostała niezmienna). Odpowiedział nieśmiałym uśmiechem i skinieniem głowy. 
- Czytałam twoje CV, chociaż i tak go nie potrzebuję. Doskonale cię pamiętam. Zaskoczyłeś mnie prawdę mówiąc. Nie spodziewałam się, że zechcesz zostać nauczycielem, a już tym bardziej polonistą. 
- Wiem, że to trochę zaskakujące, ale polubiłem literaturę przez lata. Poza tym języki zawsze mnie ciekawiły...
Mateusz przełknął nerwowo ślinę. Spodziewał się, że wspomniany incydent zostanie przywołany prędzej czy później.
- Wiem, że jesteś bardzo inteligentnym i wykształconym człowiekiem dlatego - oczywiście - zatrudnię cię. Ktoś taki jak pan, panie Smoła, jest nam potrzebny. 
- Proszę mi mówić po staremu. - odrzekł mężczyzna. Na prawdę chciał już opuścić ten mroczny gabinet, a przynajmniej nieco rozluźnić atmosferę.
- Jeśli tego sobie życzysz. Powodzenia Mateuszu. - powiedziała kobieta lekko unosząc kącik ust i zarazem jedną brew.
- Dziękuję. - odparł i dość szybko wycofał się za drzwi.
Odetchnął z ulgą kiedy stanął na korytarzu obok wielkiego portretu patrona szkoły. Właśnie zaczynało się jego stare nowe życie.